Hen, za siódmą górą, rzeką,Od Krakowa niedalekoSerc złamanych leczą smutkiWymyślone krasnoludki.
W leszczynowym żyją lasku;Domek mają cały z piasku.Skry na czołach im się złocą.Pomagają ludziom nocą,
Zanim srebrny księżyc zblednie.Nie wie nikt, co robią we dnie.Nocą, kiedy nic nie wiemy,Dosładzają kwaśne dżemy;
Dolewają olej rzadkiDo skwaśniałej oranżadkiObciosują z kolców róże;Przecierają starte kurze.
Gdy zasypiasz, jak zabity,Otwierają Ci zeszytyI, cichutko siedząc w szafie,Poprawiają ortografię.
Potem - bardzo utrudzone -Idą każdy w swoją stronęZ sercem pełnym utrapienia,Nikt ich bowiem nie docenia.
Rankiem tata, wujek, ciotkiZajadają dżemik słodki,Popijając dżem ów hurtemOranżadką, jak jogurtem.
Posileni na ostatku,Tulą w dłoniach różę gładkąI trzymając nos w zeszyciePrzekonują się niezbicie
Tata, ciotki, Ty i wujek,Że się przekręciły dwóje.Mimo takich dobrych skutkówDziałań owych krasnoludków,Nikt im za nic nie dziękuje
I nie pomni nikt, niestety,Na niezwykłe ich zalety,Kiedy pójdą w swoją stronę.Szkoda, że są wymyślone...