Jaś miał zawsze predylekcjeDo spóźniania się na lekcje.Dzisiaj problem miał nie lada:- Pada deszczyk, czy nie pada?
Bo, choć gotów był na połyWziąwszy teczkę, pójść do szkoły,Bał się nawet spojrzeć w okno,Żeby cały nie przemoknąć.
Płonął Jasio zaś zapałemDo nauki doskonałym:Chciał na przykład siedzieć w szkoleZ rozpostartym parasolem,
Chroniąc umysł, jak koledzyPrzed najmniejszą kroplą wiedzy.Pragnął zakryć nim tablicę,Kiedy na matematyce
Lęk obudzi w nim bezbrzeżnyUkład równań współzależnychI nie będzie wielkim blefemRzec, że tęsknił za wf-em.
Lecz przez wzgląd na owe lekcjeNosił w sercu swym obiekcje:Patrzył w okno, lecz z ukosa;Nie wychylał za drzwi nosa.
Choć skończyły się przyrodaI fizyka (jaka szkoda!),Wróżył Jasio ciągle jeszczeZ małej chmury duże deszcze.
W taki właśnie dziwny sposób,Ku zgorszeniu innych osóbSpędzi pewnie po kryjomuDzień nie w szkole, ale w domu.
Cóż poradzić? Nikt nie zgadnie:Spadnie deszczyk, czy nie spadnieI, kto nie był dziś na dworze,Ten Jasiowi nie pomoże,
Więc na koniec tylko powiem,Że nagrzeszył Jaś, albowiemChociaż dzień był całkiem szary,Taki pośpiech – to wagary.